Niedziela w Górach Błękitnych

17 Maj 2009

Jesień zawitała do Sydney pełną parą. Jest jeszcze ładnie ale wszyscy wiemy, że taki stan nie potrwa długo, wiec korzystamy z pogody i zapuszczamy się w teren tak często jak tylko mamy możliwość. Ostatnio wybraliśmy się do Blue Mountains. To tylko godzinka jazdy samochodem z centrum Sydney. Góry nie są wysokie, wznoszą się na około 1100 m i są cześcią Wielkich Gór Wododziałowych. Swoją nazwę zawdzięczają porastającym ich zbocza eukaliptusom, które uwalniając olejki eteryczne tworzą, widoczna w oddali, niebieską poświatę. Tak swoją drogą nie przypomina Wam to troche Wielkiego Kanionu w zielonej pelerynce?

blue mnts_panorama1

Szlaki wędrowne idealnie przygotowane, opisane,  na tablicach przybliżony czas dotarcia do wybranego lookout’u, trudność, rodzaj stopniowania. Na trasie ludzie przemili, wszyscy się pozdrawiają, jest miło. Tu w drodze na wodospad..

blue mountains 044

blue mountains 074

blue mountains

… i wodospad jakich pełno w okolicy… 

blue mountains 051

W Leurze, urokliwym miasteczku wybudowanym chyba tylko dla turystów, zrobiliśmy postój na lunch…

blue mountains 101

… i rozgrzaliśmy się czekoladą w art deco kawiarence.

P1020989

blue mountains 111

blue mountains

blue mountains

W końcu dotarliśmy do Trzech Sióstr, formacji skalnej, która jest obowiązkowym przystankiem w Blue Mountains. Według legendy to trzy aborygeńskie siostry zamienione w skałę za zakazaną miłość. 

blue mnts_panorama2

blue mountains 131

 W drodze powrotnej zboczyliśmy z trasy pooglądać okoliczne wioski. Było pięknie!

blue mountains 160

blue mountains 164

blue mountains 163

blue mountains 169

Reklamy

Nowa Zelandia, czyli co słychać w kiwilandzie

10 Maj 2009

Ta podróż zaczęła się 24 kwietnia i trwała niecałe 2 tygodnie. Pierwszy przystanek – Auckland – największe miasto Nowej Zelandii (skupia, uwaga, prawie połowę ludnosci kraju) położone w połnocno-zachodniej części Wyspy Północnej. Sprawna odprawa, trzy godziny lotu ze śniadankiem na pokładzie no i jestem! Z lotniska do miasta jest kawałek drogi, więc koniecznym było złapać jakiś środek transportu. Najtańszą formą okazał się Airbus Express (bilet studencki 13$), autobus, który odjeżdża spod obu terminali co 15 minut i przejeżdża przez centrum miasta zatrzymując się w pobliżu największych hosteli. W autobusie Amerykanie, Anglicy i trochę Azjatów. Poznałam Kolumbijczyka , ktory podobnie jak ja jechał do centrum w poszukiwaniu lokum i przez pierwszy dzien towarzyszył mi w zwiedzaniu miasta. Opcji zakwaterowania w mieście do wyboru do koloru, w centrum niezliczona ilosć hosteli (wliczając YHA i Base) wiec poza sezonem nie ma koniecznosci rezerwowania. Samo miasto bardzo nowoczesne, czyste i spokojne a na ulicach, podobnie jak w Sydney, wiecej skośnych niż białych twarzy.

Nie na darmo Auckland zwane jest miastem żagli. Nie dość, że najwiekszy port morski kraju, miasto etapowe regat dookoła świata, to chyba każdy z mieszkańców ma tam własną łódkę. Tylu żaglówek i jachtów w jednym miejscu to ja jeszcze nie widziałam. A skoro o wodzie mowa to zobaczcie trochę zdjęć z rejsu po zatoce…

New Zealand 033

New Zealand 036

New Zealand 049

New Zealand 048

New Zealand 056

New Zealand 067

Nad centrum miasta króluje Sky Tower, na którą można wjechać (25 $), dokonać kontrolowanego skoku z ponad 192 metrów (190 $) lub po prostu coś przekąsić i podziwiać panoramę miasta. Czy warto? Może przy rewelacyjnej pogodzie…

New Zealand 168

W poszukiwaniu ladnych widoków polecam udać się do Devenport, dzielnicy po drugiej stronie zatoki i wspiac sie na jeden z dwóch wygasłych stożków wulkanicznych. Bilet w tą i spowrotem to tylko 10 $…

New Zealand 154

New Zealand 136

Kolejny etap podrozy – Mount Maunganui, miejscowość plażowa oddalona 2 – 3 godziny jazdy autobusem z Auckland. Po drodze mijamy niezliczone plantacje kiwi. Na miasteczko przeznaczylam tylko jeden dzien i niestety… padalo, padalo, padalo tak mocno, ze przepadła zamówiona lekcja surfingu a wiekszosc czasu spedzilam w motelu, ktory tez pozostawiał wiele do życzenia. W sumie nie motel a jego właściciel, który o mało nie zmieszał mnie z błotem po tym, jak o godzinie 22:15 w niedziele śmieliśmy dzwonić z Felipe z prośbą o przyniesienie do pokoju voucheru na internet. „Nie wierze, że to zrobiłaś”, powiedział oburzony i trzasnął drzwiami. Ale wracając do miejscowości… główną atrakcja jest  tam góra Maudo, znajdująca się na końcu półwyspu, na którym leży całe miasto. Na górke można się wspiąć i podziwiać widok okolicy, ale z powodu pogody nie udało się zrobić i tego. Pocieszeniem w była przepyszna kolacja u nowozelandzkiej rodzinki, ktora serdecznie pozdrawiam (choć pewnie nigdy tego nie przeczytaja:-) i dziekuje jeszcze raz, za przepyszne dipy z avokado, pieczoną dynie w śmietanie, muszle, ostrygi, mmmm… ja chce jeszcze raz!

New Zealand 191

Nastepnego dnia znowu autobus i znowu 2h drogi. Autostradą krajową nr 1 docieramy do Rotorua, miasta bardzo aktywnego geotermicznie. Liczne gejzery, źródła termalne, bulgocące blotka i ten niezapomniamy zapach siarkowodoru. Zresztą nie jest on tak nieprzyjemny jak opisują ludzie na forach, fakt może pierwszego dnia daje się we znaki, ale drugiego jest już jak najbardziej do zaakceptowania a trzeciego nic nie robi nam różnicy :-)

New Zealand 320

W Te Puia – parku krajobrazowo kulturowym – mamy okazje poznać kulture Maorysów, rdzennych mieszkańców Nowej Zelandii. Zwiedzamy maoryską wioske, uczmy się maoryskich słów, odwiedzamy Szkołę Rzeźby, Gaerię Sztuki i Rękodzieła, Szkołę Tkactwa, uczestniczymy w pokazie zespołu artystycznego. Mamy też okazję zobaczyć kiwi, ptaka kiwi, symbol Nowej Zelandii. Ponieważ bardzo trudno spotkać go w naturalnych warunkach, w Kiwi House sztucznie zamieniono pory dnia, tak aby w dzień ptaki były aktywne. Czego nie robi się dla nas turystów :)  

New Zealand 241

 New Zealand 237

New Zealand 238

New Zealand 224

 

W Rotorua odwiedziliśmy też Agrodome, wielką farmę, w której turyści mogą zapoznać się z róznymi gatunkami owiec i uczestniczyć w wielkim owczym show. To wlasnie tu dowiedziałam się, że owca owcy nie równa i że gatunków jest więcej niż jeden :-) Filmiku z golenia owcy nie zamieszczam, bo był troche brutalny, ale za to macie tu pieski, ktore optrafia zagnac owieczke gdzie tylko ich pan wskaze:

Najpiękniejszym miejscem na Wyspie Polnocnej okazało się Taupo, miasto nad jeziorem o tej samej nazwie. Jezioro wypelnia krater wielkiego wulkanu, ktorego wybuch dawno dawno temu widac bylo nawet w Europie! Miasto oferuje wiele sportow mniej lub bardziej extremalnych, mozna skoczyc z samolotu, na bungee, posmigac na konikach, sprawdzic swoje sily na gorskich szlakach rowerowych, czy popłynąć łodzią motorową pod sam wodospad. Wypas!

New Zealand 370

 W końcu docieramy do Napier, miasta portowego nad słoneczną Zatoką Hawke’s Bay (niekoniecznie słoneczną podczas naszego pobytu), które po trzęsieniu ziemi w 1931 zostało odbudowane w modnym wówczas stylu Art Deco. Samo miasto jest dość nudne i monotonne, ale za to widoczki z pobliskich szczytów warte zobaczenia.

New Zealand 406

New Zealand 384

New Zealand 380

New Zealand 412

Sydney Aquarium

15 kwietnia 2009

Obowiązkowym punktem wycieczek w Sydney jest największe (podobno?) na świecie akwarium, do którego wybrałam się w ramach szkolnej wycieczki. Akwarium, albo oceanarium – jak kto woli, mieści się w Darling Harbour, więc każdy turysta, chce czy nie chce, prędzej czy później tam trafia. Samo akwarium jest dość fajne, można zobaczyć tam przepiękne koniki morskie, małe i duże rybki okolicznych wód, dotknąć rozgwiazdy, pomacać koralowce… Fajne są też szklane tunele, nad którymi pływają olbrzymie płaszczki, żółwie no i oczywiście ogromne pełne powykrzywianych zębów rekiny. Atrakcją akwarium jest też od niedawna para milusińskich i lubiących płatać figle dugongów (krów morskich): 

dugong

Nowe 030

Znalazł się i Nemo…Nowe 069

Nowe 086

Nowe 085

Nowe 011

Nowe 100

Nowe 053

Oko w oko (w szybe) z rekinem ludojadem…

rekin

Nowe 101

Nowe 099

„Polski ogórki”

6 kwietnia 2009

O tym, że mamy polskie sklepy w Sydney pewnie się domyślacie. Nie mogłam jednak powstrzymać się od zamieszczenia zdjęcia, które zrobiłam dziś robiąc zakupy w australijskim supermarkecie Woolworths – Polski Ogórki – ogórki, które Polski nigdy nie widziały i w dodatku z błędem :-)

nie polskie ogórki

QUEENSLAND

22 marca 2009

No dobra dobra, macie rację. Zapuściłam ostatnio bloga, ale nie wynika to z mojego lenistwa tylko z faktu, iż dużo się tu dzieje, czas w ciągu dnia spędzam poza domem a wieczorem ciężko zabrać się do konkretnego pisania. Wszystkim ciekawskim co u mnie, zamieszczam kolejny (zaległy) wpis, tym razem z  ponad tygodniowego pobytu w cieplutkim Queensland, od teraz mojego faworyta wśród stanów Australii. Ale zacznijmy od początku…

Zaskoczona atrakcyjnymi ofertami JetStar’a na przeloty na Sunshine Coast (75 A$ do Maroochydore) i niespełna 90 A$ na Gold Coast postanowilam uciec od zatłoczonego Sydney i zrobić sobie małe wakacje :-) Ostateczny plan zakładał 3 dni na Sunshine Coast, 2 dni w podróży (1 dzień w Beerwah – Australia ZOO by Steve and Terri Irwin, 1 dzień w Brisbane) i finalnie 4 dni na Gold Coast.

Po wylądowaniu na mikro lotnisku na Sunshine Coast przywitala mnie piękna słoneczna pogoda, z temperaturą, jak to w czasie australijskiego lata, powyżej 28 stopni C.

Sunshine Coast Airport

Jeszcze przed wylotem mądre głowy zasugerowały mi wynajęcie samochodu (+ GPS), najlepiej w jednej z firm dających możliwość odbioru i zwrotu na lotnisku, tak też własnie zrobiłam. Po negocjacjach ostatecznie zdecydowałam się na firme Budget, która dała mi dużo bardziej atrakcyjną ofertę niż inni giganci typu AVIS, czy Hertz. Fakt – kontaktowałam się wyłącznie z firmami, które dawały możliwość odbioru samochodu na Sunshine Coast Airport (Maroochydore), a oddaniu na Gold Coast Airport, co znacznie zawęziło możliwości. Skoro o aucie mowa – koszt z pełnym ubezpieczeniem i minimalnym wkładem własnym w ewentualnych szkodach wynosił 62 A$/dobę, czyli około 20 A$ więcej za dobę niż w przypadku najatrakcyjniejszej moim zdaniem firmy Bayswater, która dostępna jest niestety tylko w Perth i Sydney.

Miałam szczęście, bo Toyota Corrola, którą zarezerwowałam (pozytywne doświadczenie z Perth:)) nie dojechała więc zostałam upgrade’owana i na parkingu odebrałam Holdena Commodore (auto o dwie klasy wyższe, odpowiednik naszego Opla Omega) z potężnym silnikiem V8 i to bez zadnej dopłaty. Szkoda, że nie widzieliście uśmiechu na mojej twarzy :)) Piękna pogoda i super autko to cudowne zestawienie, żeby się troche rozglądnąć…

w drodze do Coloundry

Coloundra – najpierw hotel, wykupiony oczywiście jeszcze z poziomu Sydney, w promocji na jednym z portali. Po przyjeździe okazało się, że za 99 A$ za dobę można mieć hotel 4 gwiazdkowy z polem golfowym (dodatkowo płatnym), dwoma basenami, siłownią, kortami i dostępem do internetu. W Polsce taki obiekt kosztowałby minimum 500 zł, ale z resztą nie wiem bo takiego hotelu w Polsce jeszcze nie widziałam. Były wady – ok. 5 km do plaży, ale w koncu był samochodzik, wiec nie było dużego problemu. Same miasto bardzo spokojne, właściwie dwie główne ulice i raczej średnie plaże, ale za to przepyszne i niedrogie jedzonko.

Hotel w Pelican Waters

Hotel w Pelican Waters

Nie chce generalizować, ale mieszkańcy QLD mają małą tolerancje na rozumienie słów. Nawet jak jesteście kilka km od Coloundry, która jest jednym z większych miast na Sunshine Coast i powiecie, że mieszkacie w „Kalundrze” to nikt nie będzie wiedział o jakim miejscu mówicie. Chociaż Coloundra może być przeczytana przez obcokrajowców jako „Kalundra”, to niestety póki nie powiecie „Kalandra” to nikt nie będzie miał zielonego pojęcia o jakim miejscu mowa.

Noosa – około 45 minut na północ od Coloundry znalazłam prawdziwy raj – cudowne plaże, ciepła woda (stokroć cieplejsza niż w Sydney), piękne fale (cudowne warunki do surfingu), wspaniałe widoki i misie Koala na drzewach w naturalnym środowisku (to właśnie tu zobaczyłam pierwszego misia w naturze:)) Noosa jest podobnej wielkości jak Coloundra, może ciut większa, ale promocja miasteczka sprawia, że tutaj jest 2 x drożej.  Byle jaki hotel, co ja gadam – motel, kosztuje 2 x wiecej niz super hotel w Coloundrze. Sugeruje wszystkim więc spędzać czas w Noosa, ale mieszkać kilkanaście a nawet kilkadziesiąt km od Noosa, nawet kosztem kilkugodzinnego dojazdu, naprawda się opłaca.

Noosa

queensland-053

noosa

Moj pierwszy dziko spotkany miś…

koala

Beerwah – dla wszystkich, którzy kochają australijską faune i marzą o obcowaniu z australijskimi zwierzakami, polecam to właśnie miejsce, a właściewie Australia ZOO, gdzie australijska legenda – Steve Irwin zyl i pracowal tworzac jedno z najpiękniejszych sanktuariów dzikiej australijskiej fauny. Miejsce to, to tylko 20 minut na południowy zachód od Coloundry, nie sposób tam nie trafić, bo wszędzie widzać drogowskazy, a autostrada prowadząca do Beerwah nosi imię Steve’a Irwina. O Steve’ie, jego rodzinie i jego dziele mogłabym wiele napisać, ale powiem tylko tyle – jedźcie tam i sami przekonajcie się co to za miejsce. Może uda Wam się zrobić takie fotki…

Koala

kangur

Croc

…diabeł tasmański…

diabeł tasmański

…wombat…

wombat

Brisbane – jadąc z Sunshine Coast, przez Beerwah można dojechać prostą drogą do stolicy stanu QLD – Brisbane. To 3-cie co do wielkości miasto w Australii, o krórym, może ku zdziwieniu kilku osób nie napiszę za wiele bo… miasto po prostu mi się nie podobało. Może dlatego, że mój pomysł zobaczenia Brisbane związany był jedynie z odwiedzeniem magicznego miejsca jakim jest Southbank, a może dlatego, że po wizycie w Noosa już nic nie było w stanie mnie urzec? Skoro jednak napomknęłam o Southbanku, troche sie na nim skoncentruję – jak wiecie (albo i nie) Brisbane, stolica QLD, stanu, który posiada piękne plaże i dostojną Wielką Rafę Koralową, nie ma dostępu do oceanu, co mocno dyskredytuje je w moich oczach. Powoduje to co weekendowe migracje stesknionych za oceanem Brisbane’czyków na Sunshine Coast (jeśli szukają plaży i ciszy) lub na Gold Coast (jeśli ma być plaża i gwar wokoło). Myślę, że pewnego dnia te wyjazdy kogoś, lub może większą liczbe osób zaczeły denerwować, głównie z powodu korków i wymyślono… Southbank. Jest to nic innego, jak namiastka plaży w samym centrum Brisbane. Słona woda, piaszczysta lub betonowa (do wyboru) plaża i wszystko kilka minut od CBD. Odwiedzenie Southbank’u może być ciekawym doświadczeniem i miłym spędzeniem dnia, szczególnie, gdy jest środek lata i żar leje się z nieba.

Southbank

Southbank

Southbank

Southbank

Baobaby

Gold Coast – wiedząc, że nic nie zastąpi prawdziwej plaży, z Brisbane ruszyłam w strone Gold Coast, gdzie dotarłam po 45 minutach jazdy. Przyjechałam bardzo późnym wieczorem, więc niewiele widziałam, ale jak tylko nastał ranek zrozumiałam, dlaczego plaże nazywają się tam Surfers Paradise. GC to absolutny piaszczysty raj – kilkadziesiąt km plazy, tysiące turystów, tętniące życiem restauracje, puby, hotele, fajne sklepy i wszystko do późnych godzin nocnych. Cała masa atrakcji, cudowny port jachtowy z możliwością kupna luksusowych łodzi, wypożyczenia wszystkich typów sprzętu pływackiego i większy ruch w mieście. Idealne miejsce na pofikanie. Dobrą pamiątką z GC będzie na pewno odwiedzenie największego apartamentowca na świecie (ponad 500 apartamentów) Q1 i zrobienie kilku fotek na tle panoramy GC, na którą macie widok 360 stopni z restauracji na szczycie. Można też poczekać przy drinkach do zachodu słońca i zobaczyć piekne miasto nocą. Wjazd na Q1 jest płatny – 29 A$, ale naprawde warto.

 Na początek trochę fotek z balkonu mojego apartamentu:

Gold Coast

… w oddali widać ocean…

Gold Coast

Gold Coast

Gold Coast

Plaże…

Gold Coast

Gold Coast

Gold Coast

Widok z Q1. Zdjęcia robione przez szybę, więc trochę słabszej jakości…

Gold Coast

Gold Coast

Gold Coast

Gold Coast

Pamiętajcie, że jeśli planujecie wylot z Gold Coast, to lotniskiem jest Coolangata, gdzie trzeba dojechać, a jest to około 40 minut od serca GC – Surfers Paradise. W sezonie trzeba liczyć na tą trasę około godziny. Niestety nawet w pięknym QLD nie ma innych przepisów i 110 km/h na autostradzie to wszystko co da się zrobić.

MARDI GRAS

9 marca 2009

Australia jest bardzo liberalnym krajem. Nie ważne jaki masz światopogląd, jak się ubierasz czy jaką masz orientację seksualną – inność jest tu na porządku dziennym. Najlepszym dowodem na otwarte podejście australijczyków do wolności jednostki w wyrażaniu siebie jest organizowany tu festiwal Mardi Gras, na który zjeżdżają homoseksualiści z całego świata. Przez cały miesiąc odbywają się gejowskie pokazy filmowe, koncerty, przeglądy teatralne i kabaretowe, wystawy i wydażenia sportowe. Zwięczeniem obchodów Mardi Gras była wczorajsza parada gejów i lesbijek, która przeszła spod Hyde Park przez Oxford Street. Było kiczowato i kolorowo – transparenty, tęczowe flagi, wielkie samochody z muzyką, kolorowe światła, układy taneczne i przedziwne stroje uczestników, które zadziwiały a nawet szokowały… ich brakiem. Oprócz mniejszości seksualnych w paradzie brała udział policja, straż pożarna, ratownicy wodni, sportowcy i partie polityczne. Event cieszył się dużym zainteresowaniem. Tysiące uczestników i jeszcze więcej gapiów. Ludzi było tak dużo, że jeśli nie przyszedłeś conajmniej dwie godziny przed rozpoczęciem parady nie miałeś szans zobaczenie czegokolwiek. Sprytniejsi poprzynosili z domów plastikowe stołki czy skrzynki po piwie, wszystko po to by być ponad tłumem i mieć lepszą widoczność. Były też telebimy ale to nie to samo.

Tegoroczna Mardi Gras odbyła się poraz trzydziesty i jest jedna z największych i najbardziej znanych imprez tego typu na świecie. Warto dodać też, że słowo ‚zadyma’ jest tu wszystkim obce.

Zdjęć nie mam dużo z dwóch powodów: po pierwsze nie miałam dogodnego punktu obserwacyjnego, po drugie było już ciemno i trudno było dobrze uchwycić poruszające się postacie. Z tych bardziej przyzwoitych jednak coś wybrałam:

Mardi Gras

Mardi Gras. Przebrani gapowicze.

Mardi Gras 2009

… więcej zdjęć wktótce …

Więcej o Mardi Gras można znaleźć na oficjalnej stronie www.mardigras.org.au

Z Taronga Zoo do Clifton Gardens

1 marca 2009

Dzień zapowiadał się leniwie, kiedy do pokoju wkroczyła Anna i oznajmiła, że idziemy zwiedzać północne tereny zatoki. Jak Anna coś powie to trudno się wymigać, więc nie dyskutowałam długo tylko wrzuciłam coś na siebie (było sobotnie przedpołudnie i powłóczyłam jeszcze w piżamie :-) spakowałam aparat, melona, wodę i w drogę! Z Martin Palce poczłapałyśmy do Circural Quay, skąd złapałyśmy prom do Taronga Zoo. Drogą lądową nie warto tracić czasu, prom to znacznie szybszy i przyjemniejszy środek transportu. Na drugą stronę zatoki płynie się nie dłużej niż 10 minut.

Na promie do Taroonga Zoo

Jeszcze nie miałyśmy sprecyzowanego celu podróży a już byłyśmy na miejscu. Prawa strona Taronga Zoo wydawała się znacznie ciekawsza i bardziej dzika, dlatego nie wiele myśląc zapuściłyśmy się w lasy Sydney Harbour National Park. Oto widoczki jakie towarzyszyły nam podczas spaceru:

Widok na miasto od strony Taronga Zoo

W kierunku Bradleys Head

W drodze do Bradleys Head

Jaszczurka

W drodze do Clifton Gardens

Latarnia

Na skróty przez las

z-taronga-zoo-do-gardens-152

Pare godzin na świezym powietrzu i troche ruchu dobrze nam zrobiło. Gdyby nie dusza reportera Anny i piknik na plaży cała trasa zajełaby nam może z trzy godziny a tak zmęczone robieniem zdjęć i objadaniem się smakołykami poddałyśmy się na wysokości Clifton Gardens. Tam po małym odpoczynku udałyśmy się na Bradleys Head Road skąd złapałyśmy autobus bezpośrednio do Wynyard, stamtąd pociągiem na Town Hall i potem już prosto do domku.

BRAZILIAN PARTY

20 lutego 2009

Karnawał trwa i choć Sydney nie bawi się tak hucznie jak myślałam to tutejsi Brazylijczycy tak :-) Kiedy dostałam zaproszenie na imprezę organizowaną przez Information Planet nie omieszkałam nie skorzystać. A nie była to zwykła impreza lecz prawdziwa brazylijska balanga na łodzi. Ja, czwórka moich polskich przyjaciół i kontyngent gorących południowców, wszyscy poubierani w czerwone karnawałowe koszulki, które dostaliśmy od organizatora, bawiliśmy się w scenerii rozświetlonego Darling Harbour i Port Jackson.

Na statku królował klimat prosto z Ameryki Południowej: energiczne rytmy, ekspresyjny taniec, rozbawieni ludzie. A sami Brazylijczycy? Poznałam naprawdę fajnych ludzi. Są bardzo spontaniczni i przyjacielscy. Miałam okazję zobaczyć jak się bawią i ile znaczy dla nich muzyka i taniec. No właśnie… taniec…  jak oni tańczą! Widać, że naród ten ma to we krwi. A mężczyżni…mmm… serwują przy tym ujmujące komplementy i sprawiają, że kobieta czuje się przy nich dwadzieścia razy bardziej kobietą.

Brazilian Party

Carna Sydney 2009

Carna Sydney

Carna Sydney

Carna Sydney

Carna Sydney Pizza

Brazylian Party
Brazilian Party

TRANSPORT W SYDNEY

19 lutego 2009

Po kilku tygodniach pobytu i nowych obserwacjach pora napisać pare słów o komunikacji miejskiej w Sydney. Oto czym i jak można się tutaj poruszać:

POCIĄGI
Są najpopularniejszym i najszybszym środkiem transportu w mieście. W tym miejscu chciałabym polecić wszystkim zakwaterowanie niedaleko stacji kolejowej, gdyż to zapewnia dostanie się do domu 24h (po połnocy na trasie kolei jeżdżą nocne autobusy). Pociągi w Sydney w odróżnieniu od innych miast są dwupoziomowe a stan ich, jakby to najprościej ująć, surowy. Bilet na przejazd (nie tylko na pociąg) można kupić na każdej stacji w Ticket Office (który czynny jest również w weekendy) lub maszynie, której obsługa (wbrew zdjęciu obok) jest bardzo łatwa. Rodzajów biletówAutomat do biletów jest wiele a wybór ich zależy od tego z jaką częstotliwością i na ilu trasach korzystacie z przejazdów. Ja używam biletu typu TravelPass, czyli biletu dającego mi możliwość poruszania się kolejką, autobusami i promami. Zakres użytkowania transportu determinowany jest strefowo: czerwona (City i jego okolice), zielona, żółta, różowa i purpurowa. Większość moich nowych znajomych mieści się raczej w strefie żółtej, która pokrywa znaczną część miasta. W moim przypadku udało się złapać na najtańszą strefe – czerwoną, za którą płacę 38 A$/tydzień.

Wyjątek! Stacje kolejowe przy lotniskach (Domestic Airport i International Airport) należą do prywatnych właścicieli, więc w razie chęci skorzystania z nich należy liczyć się z dodatkową opłatą (ok. 12 AS) za wkroczenie na teren lotniska i odwrotnie.

Uwaga! Jeśli TravelPass jest pierwszy raz kasowany po godzinie 3:00pm, data jego ważności jest o 1 dzień dłuższa, czyli od daty skasowania plus 7 dni.

Rozkład odjazdów pociągów, rozmieszczenie linii kolejowych oraz kwestie cen można sprawdzić na www.cityrail.info

AUTOBUSY
Najwięcej odjezdża ich z City, Wynyard i Circular Quay a przystanki rozmieszczone są głównie w okolicach stacji kolejowych. Wsiadamy do nich zawsze pierwszym wejściem, bez przepychanek ‚kto pierwszy ten lepszy’ bowiem obowiązuje tu reguła ‚przyszedłeś – stań w kolejce za ostatnim’ (błagam niech ktoś wprowadzi to w Polsce). Mimo iż posiada się w plecaku ważny na przejazd bilet, za każdym razem kiedy wchodzi się do autobusu należy go wyjąć i włożyć do kasownika, który wydając odpowiedni dźwięk sygnalizuje kierowcy jego ważność. Aby wysiąść z autobusu należy odpowiednio wcześniej zasygnalizować taki zamiar naciskając przycisk stop znajdujący się przy każdym siedzeniu. Zauważyłam też, że wielu podróżujących dziekuje kierowcy przy wysiadaniu, nawet gdy wychodzą tylnimi drzwiami, co uważam za bardzo uprzejme i godne naśladowania :-)

W przypadku autobusów również można używać travelpass’ów. Tutaj sytuacja wygląda nieco lepiej, gdyż autobusy mają właściwie tylko dwie strefy – czerwoną i zieloną, więc za 46 AS/tydzień można zjechać całe Sydney. Dopiero północno wschodnie rejony miasta (Pittwater) wchodzą na najwyższą purpurową strefę, ale tam raczej nie będziecie się wybierać.

Wyjątek! Nie we wszystkich autobusach można kupić bilet. Jeśli jest na nim informacja PRE PAY, tzn że bilet musicie mieć kupiony wcześniej (np. travelpass). Autobusy te są znacznie szybsze, gdyż z reguły mają o wiele mniej przystanków i dublują autobusy na najczęściej zapchanych trasach, np. Bondi Junction – Bondi Beach. I tu kolejna rada – niezależnie od ilości osób na przystanku, jeśli kierowca uzna, że pojazd jest przepełniony, to się po prostu nie zatrzyma! Czasem w popularnych miejscach, szczególnie w sezonie, gdy autobus jest jedynym środkiem transportu, można czekać na przystanku nawet kilka godzin, odprowadzając wzrokiem kolejne przepełnione pojazdy. Wiem, bo sama tego doświadczyłam i na piechote zasuwałam z Bondi Beach do Bondi Junction :/

Drugą ważną rzeczą jest to, że w ramach Sydney jeżdżą też prywatne korporacje, gdzie zakupione wcześniej bilety (np. słynny travelpass) mogą być nieważne i trzeba dokonać zakupu u kierowcy.

Osobom, które słabo orientują się jeszcze w terenie polecam stronkę http://www.131500.info/ – tu w łatwy sposób sprwdzcie kiedy i czym możecie dojechać do celu.

PROMY (FERRIES)
W przypadku tej opcji transportu mamy do czynienia z podziałem na strefę czerwoną i zieloną. Główny przystanek znajduje się w Circular Quay i to tak pięknie położnony bo naprzeciw Opera House. Jeśli posiadacie bilet typu travelpass (inny niż czerwony) to możecie mieć bezplatną wycieczką wzdłuż Parramatta River. Wystraczy, że wsiądziecie na prom do Parramaty (stanowsko 5) i przejedziecie się nim w dwie strony. Wówczas wszystkie widoczki od strony rzeki macie zaliczone i to za darmo! Podobne rejsy po rzecze organizują różne firmy, biorąc za tę przyjemność nawet kilkadziesiąt dolarów. Rejsy polecam szczególnie w pogodne dni, również w kierunku Manly i Taronga Zoo – można wtedy uniknąć korków w zapchanych autobusach i przy okazji zobaczyć miasto z zupełnie innej strony.

Więcej o podróżowaniu promami na www.sydneyferries.info.

Acha! Studenci, którzy płacą za naukę nie mają zniżek i ulg biletowych! I tym niezbyt optymistycznym akcentem kończę dzisiejszy post :-)

ZEMSTA MATKI NATURY?

9 lutego 2009

Trochę smutnych wieści. Od dwóch tygodni telewizja australijska szokuje nas obrazami największego w historii tego kontynentu pożaru. W południowej części stanu Wiktoria, Nowa Południowa Walia i Tasmania płoną lasy, farmy, urokliwe miasteczka i kurorty. Jak podały dzisiejsze media zginęło już ponad 180 osób, wiele straszliwie poparzonych przebywa w szpitalach, setki rodzin zostały pozbawione dachu nad głową. Ofiarą pożaru padło także wiele gatunków zwierząt, w tym kangurów oraz misiów koala, które instynktownie szukając schronienia na czubkach drzew, nie miały szans na przetrwanie :(

Tegoroczne pożary są wynikiem wielotygodniowej suszy i niewiarygodnie wysokich, sięgających ponad 45 stopni celsjusza temperatur. Już wiele tygodni temu wprowadzono kategoryczny zakaz  rozpalania ognia i urządzania BBQ. Policja surowo karze palczy, a za wyrzucienie niedopałka przez okno samochodu grozi nawet utrata prawojazdy.

Miejmy nadzieję, że dzisiejsze ochłodzenie i deszcze pomogą strażakom w walce z ogniem.

To jednak nie koniec australijskich tragedii. Podczas, gdy południowy wschód walczy z ogniem, półna Australia zmaga się katastrofalnymi powodziami, wywołanymi ulewami po przejściu cyklonu.  Niemalże dwie trzecie stanu Queensland znajduje się pod wodą. Lokalne władze codziennie przestrzegają mieszkańców przed krokodylami, które w czasie powodzi mogły dotrzeć do miejsc, w których nigdy wcześniej ich nie było. Brrrrrrr.