Archive for Marzec 2009

QUEENSLAND

22 marca 2009

No dobra dobra, macie rację. Zapuściłam ostatnio bloga, ale nie wynika to z mojego lenistwa tylko z faktu, iż dużo się tu dzieje, czas w ciągu dnia spędzam poza domem a wieczorem ciężko zabrać się do konkretnego pisania. Wszystkim ciekawskim co u mnie, zamieszczam kolejny (zaległy) wpis, tym razem z  ponad tygodniowego pobytu w cieplutkim Queensland, od teraz mojego faworyta wśród stanów Australii. Ale zacznijmy od początku…

Zaskoczona atrakcyjnymi ofertami JetStar’a na przeloty na Sunshine Coast (75 A$ do Maroochydore) i niespełna 90 A$ na Gold Coast postanowilam uciec od zatłoczonego Sydney i zrobić sobie małe wakacje :-) Ostateczny plan zakładał 3 dni na Sunshine Coast, 2 dni w podróży (1 dzień w Beerwah – Australia ZOO by Steve and Terri Irwin, 1 dzień w Brisbane) i finalnie 4 dni na Gold Coast.

Po wylądowaniu na mikro lotnisku na Sunshine Coast przywitala mnie piękna słoneczna pogoda, z temperaturą, jak to w czasie australijskiego lata, powyżej 28 stopni C.

Sunshine Coast Airport

Jeszcze przed wylotem mądre głowy zasugerowały mi wynajęcie samochodu (+ GPS), najlepiej w jednej z firm dających możliwość odbioru i zwrotu na lotnisku, tak też własnie zrobiłam. Po negocjacjach ostatecznie zdecydowałam się na firme Budget, która dała mi dużo bardziej atrakcyjną ofertę niż inni giganci typu AVIS, czy Hertz. Fakt – kontaktowałam się wyłącznie z firmami, które dawały możliwość odbioru samochodu na Sunshine Coast Airport (Maroochydore), a oddaniu na Gold Coast Airport, co znacznie zawęziło możliwości. Skoro o aucie mowa – koszt z pełnym ubezpieczeniem i minimalnym wkładem własnym w ewentualnych szkodach wynosił 62 A$/dobę, czyli około 20 A$ więcej za dobę niż w przypadku najatrakcyjniejszej moim zdaniem firmy Bayswater, która dostępna jest niestety tylko w Perth i Sydney.

Miałam szczęście, bo Toyota Corrola, którą zarezerwowałam (pozytywne doświadczenie z Perth:)) nie dojechała więc zostałam upgrade’owana i na parkingu odebrałam Holdena Commodore (auto o dwie klasy wyższe, odpowiednik naszego Opla Omega) z potężnym silnikiem V8 i to bez zadnej dopłaty. Szkoda, że nie widzieliście uśmiechu na mojej twarzy :)) Piękna pogoda i super autko to cudowne zestawienie, żeby się troche rozglądnąć…

w drodze do Coloundry

Coloundra – najpierw hotel, wykupiony oczywiście jeszcze z poziomu Sydney, w promocji na jednym z portali. Po przyjeździe okazało się, że za 99 A$ za dobę można mieć hotel 4 gwiazdkowy z polem golfowym (dodatkowo płatnym), dwoma basenami, siłownią, kortami i dostępem do internetu. W Polsce taki obiekt kosztowałby minimum 500 zł, ale z resztą nie wiem bo takiego hotelu w Polsce jeszcze nie widziałam. Były wady – ok. 5 km do plaży, ale w koncu był samochodzik, wiec nie było dużego problemu. Same miasto bardzo spokojne, właściwie dwie główne ulice i raczej średnie plaże, ale za to przepyszne i niedrogie jedzonko.

Hotel w Pelican Waters

Hotel w Pelican Waters

Nie chce generalizować, ale mieszkańcy QLD mają małą tolerancje na rozumienie słów. Nawet jak jesteście kilka km od Coloundry, która jest jednym z większych miast na Sunshine Coast i powiecie, że mieszkacie w „Kalundrze” to nikt nie będzie wiedział o jakim miejscu mówicie. Chociaż Coloundra może być przeczytana przez obcokrajowców jako „Kalundra”, to niestety póki nie powiecie „Kalandra” to nikt nie będzie miał zielonego pojęcia o jakim miejscu mowa.

Noosa – około 45 minut na północ od Coloundry znalazłam prawdziwy raj – cudowne plaże, ciepła woda (stokroć cieplejsza niż w Sydney), piękne fale (cudowne warunki do surfingu), wspaniałe widoki i misie Koala na drzewach w naturalnym środowisku (to właśnie tu zobaczyłam pierwszego misia w naturze:)) Noosa jest podobnej wielkości jak Coloundra, może ciut większa, ale promocja miasteczka sprawia, że tutaj jest 2 x drożej.  Byle jaki hotel, co ja gadam – motel, kosztuje 2 x wiecej niz super hotel w Coloundrze. Sugeruje wszystkim więc spędzać czas w Noosa, ale mieszkać kilkanaście a nawet kilkadziesiąt km od Noosa, nawet kosztem kilkugodzinnego dojazdu, naprawda się opłaca.

Noosa

queensland-053

noosa

Moj pierwszy dziko spotkany miś…

koala

Beerwah – dla wszystkich, którzy kochają australijską faune i marzą o obcowaniu z australijskimi zwierzakami, polecam to właśnie miejsce, a właściewie Australia ZOO, gdzie australijska legenda – Steve Irwin zyl i pracowal tworzac jedno z najpiękniejszych sanktuariów dzikiej australijskiej fauny. Miejsce to, to tylko 20 minut na południowy zachód od Coloundry, nie sposób tam nie trafić, bo wszędzie widzać drogowskazy, a autostrada prowadząca do Beerwah nosi imię Steve’a Irwina. O Steve’ie, jego rodzinie i jego dziele mogłabym wiele napisać, ale powiem tylko tyle – jedźcie tam i sami przekonajcie się co to za miejsce. Może uda Wam się zrobić takie fotki…

Koala

kangur

Croc

…diabeł tasmański…

diabeł tasmański

…wombat…

wombat

Brisbane – jadąc z Sunshine Coast, przez Beerwah można dojechać prostą drogą do stolicy stanu QLD – Brisbane. To 3-cie co do wielkości miasto w Australii, o krórym, może ku zdziwieniu kilku osób nie napiszę za wiele bo… miasto po prostu mi się nie podobało. Może dlatego, że mój pomysł zobaczenia Brisbane związany był jedynie z odwiedzeniem magicznego miejsca jakim jest Southbank, a może dlatego, że po wizycie w Noosa już nic nie było w stanie mnie urzec? Skoro jednak napomknęłam o Southbanku, troche sie na nim skoncentruję – jak wiecie (albo i nie) Brisbane, stolica QLD, stanu, który posiada piękne plaże i dostojną Wielką Rafę Koralową, nie ma dostępu do oceanu, co mocno dyskredytuje je w moich oczach. Powoduje to co weekendowe migracje stesknionych za oceanem Brisbane’czyków na Sunshine Coast (jeśli szukają plaży i ciszy) lub na Gold Coast (jeśli ma być plaża i gwar wokoło). Myślę, że pewnego dnia te wyjazdy kogoś, lub może większą liczbe osób zaczeły denerwować, głównie z powodu korków i wymyślono… Southbank. Jest to nic innego, jak namiastka plaży w samym centrum Brisbane. Słona woda, piaszczysta lub betonowa (do wyboru) plaża i wszystko kilka minut od CBD. Odwiedzenie Southbank’u może być ciekawym doświadczeniem i miłym spędzeniem dnia, szczególnie, gdy jest środek lata i żar leje się z nieba.

Southbank

Southbank

Southbank

Southbank

Baobaby

Gold Coast – wiedząc, że nic nie zastąpi prawdziwej plaży, z Brisbane ruszyłam w strone Gold Coast, gdzie dotarłam po 45 minutach jazdy. Przyjechałam bardzo późnym wieczorem, więc niewiele widziałam, ale jak tylko nastał ranek zrozumiałam, dlaczego plaże nazywają się tam Surfers Paradise. GC to absolutny piaszczysty raj – kilkadziesiąt km plazy, tysiące turystów, tętniące życiem restauracje, puby, hotele, fajne sklepy i wszystko do późnych godzin nocnych. Cała masa atrakcji, cudowny port jachtowy z możliwością kupna luksusowych łodzi, wypożyczenia wszystkich typów sprzętu pływackiego i większy ruch w mieście. Idealne miejsce na pofikanie. Dobrą pamiątką z GC będzie na pewno odwiedzenie największego apartamentowca na świecie (ponad 500 apartamentów) Q1 i zrobienie kilku fotek na tle panoramy GC, na którą macie widok 360 stopni z restauracji na szczycie. Można też poczekać przy drinkach do zachodu słońca i zobaczyć piekne miasto nocą. Wjazd na Q1 jest płatny – 29 A$, ale naprawde warto.

 Na początek trochę fotek z balkonu mojego apartamentu:

Gold Coast

… w oddali widać ocean…

Gold Coast

Gold Coast

Gold Coast

Plaże…

Gold Coast

Gold Coast

Gold Coast

Widok z Q1. Zdjęcia robione przez szybę, więc trochę słabszej jakości…

Gold Coast

Gold Coast

Gold Coast

Gold Coast

Pamiętajcie, że jeśli planujecie wylot z Gold Coast, to lotniskiem jest Coolangata, gdzie trzeba dojechać, a jest to około 40 minut od serca GC – Surfers Paradise. W sezonie trzeba liczyć na tą trasę około godziny. Niestety nawet w pięknym QLD nie ma innych przepisów i 110 km/h na autostradzie to wszystko co da się zrobić.

Reklamy

MARDI GRAS

9 marca 2009

Australia jest bardzo liberalnym krajem. Nie ważne jaki masz światopogląd, jak się ubierasz czy jaką masz orientację seksualną – inność jest tu na porządku dziennym. Najlepszym dowodem na otwarte podejście australijczyków do wolności jednostki w wyrażaniu siebie jest organizowany tu festiwal Mardi Gras, na który zjeżdżają homoseksualiści z całego świata. Przez cały miesiąc odbywają się gejowskie pokazy filmowe, koncerty, przeglądy teatralne i kabaretowe, wystawy i wydażenia sportowe. Zwięczeniem obchodów Mardi Gras była wczorajsza parada gejów i lesbijek, która przeszła spod Hyde Park przez Oxford Street. Było kiczowato i kolorowo – transparenty, tęczowe flagi, wielkie samochody z muzyką, kolorowe światła, układy taneczne i przedziwne stroje uczestników, które zadziwiały a nawet szokowały… ich brakiem. Oprócz mniejszości seksualnych w paradzie brała udział policja, straż pożarna, ratownicy wodni, sportowcy i partie polityczne. Event cieszył się dużym zainteresowaniem. Tysiące uczestników i jeszcze więcej gapiów. Ludzi było tak dużo, że jeśli nie przyszedłeś conajmniej dwie godziny przed rozpoczęciem parady nie miałeś szans zobaczenie czegokolwiek. Sprytniejsi poprzynosili z domów plastikowe stołki czy skrzynki po piwie, wszystko po to by być ponad tłumem i mieć lepszą widoczność. Były też telebimy ale to nie to samo.

Tegoroczna Mardi Gras odbyła się poraz trzydziesty i jest jedna z największych i najbardziej znanych imprez tego typu na świecie. Warto dodać też, że słowo ‚zadyma’ jest tu wszystkim obce.

Zdjęć nie mam dużo z dwóch powodów: po pierwsze nie miałam dogodnego punktu obserwacyjnego, po drugie było już ciemno i trudno było dobrze uchwycić poruszające się postacie. Z tych bardziej przyzwoitych jednak coś wybrałam:

Mardi Gras

Mardi Gras. Przebrani gapowicze.

Mardi Gras 2009

… więcej zdjęć wktótce …

Więcej o Mardi Gras można znaleźć na oficjalnej stronie www.mardigras.org.au

Z Taronga Zoo do Clifton Gardens

1 marca 2009

Dzień zapowiadał się leniwie, kiedy do pokoju wkroczyła Anna i oznajmiła, że idziemy zwiedzać północne tereny zatoki. Jak Anna coś powie to trudno się wymigać, więc nie dyskutowałam długo tylko wrzuciłam coś na siebie (było sobotnie przedpołudnie i powłóczyłam jeszcze w piżamie :-) spakowałam aparat, melona, wodę i w drogę! Z Martin Palce poczłapałyśmy do Circural Quay, skąd złapałyśmy prom do Taronga Zoo. Drogą lądową nie warto tracić czasu, prom to znacznie szybszy i przyjemniejszy środek transportu. Na drugą stronę zatoki płynie się nie dłużej niż 10 minut.

Na promie do Taroonga Zoo

Jeszcze nie miałyśmy sprecyzowanego celu podróży a już byłyśmy na miejscu. Prawa strona Taronga Zoo wydawała się znacznie ciekawsza i bardziej dzika, dlatego nie wiele myśląc zapuściłyśmy się w lasy Sydney Harbour National Park. Oto widoczki jakie towarzyszyły nam podczas spaceru:

Widok na miasto od strony Taronga Zoo

W kierunku Bradleys Head

W drodze do Bradleys Head

Jaszczurka

W drodze do Clifton Gardens

Latarnia

Na skróty przez las

z-taronga-zoo-do-gardens-152

Pare godzin na świezym powietrzu i troche ruchu dobrze nam zrobiło. Gdyby nie dusza reportera Anny i piknik na plaży cała trasa zajełaby nam może z trzy godziny a tak zmęczone robieniem zdjęć i objadaniem się smakołykami poddałyśmy się na wysokości Clifton Gardens. Tam po małym odpoczynku udałyśmy się na Bradleys Head Road skąd złapałyśmy autobus bezpośrednio do Wynyard, stamtąd pociągiem na Town Hall i potem już prosto do domku.