Jesień zawitała do Sydney pełną parą. Jest jeszcze ładnie ale wszyscy wiemy, że taki stan nie potrwa długo, wiec korzystamy z pogody i zapuszczamy się w teren tak często jak tylko mamy możliwość. Ostatnio wybraliśmy się do Blue Mountains. To tylko godzinka jazdy samochodem z centrum Sydney. Góry nie są wysokie, wznoszą się na około 1100 m i są cześcią Wielkich Gór Wododziałowych. Swoją nazwę zawdzięczają porastającym ich zbocza eukaliptusom, które uwalniając olejki eteryczne tworzą, widoczna w oddali, niebieską poświatę. Tak swoją drogą nie przypomina Wam to troche Wielkiego Kanionu w zielonej pelerynce?

Szlaki wędrowne idealnie przygotowane, opisane, na tablicach przybliżony czas dotarcia do wybranego lookout’u, trudność, rodzaj stopniowania. Na trasie ludzie przemili, wszyscy się pozdrawiają, jest miło. Tu w drodze na wodospad..



… i wodospad jakich pełno w okolicy…

W Leurze, urokliwym miasteczku wybudowanym chyba tylko dla turystów, zrobiliśmy postój na lunch…

… i rozgrzaliśmy się czekoladą w art deco kawiarence.




W końcu dotarliśmy do Trzech Sióstr, formacji skalnej, która jest obowiązkowym przystankiem w Blue Mountains. Według legendy to trzy aborygeńskie siostry zamienione w skałę za zakazaną miłość.


W drodze powrotnej zboczyliśmy z trasy pooglądać okoliczne wioski. Było pięknie!



