Nawet dzień przed Wigilią nie czułam atmosfery nadchodzących świąt. Nie pomogły witryny w sklepach, nie pomogła wielka choinka w City, nie pomogły mikołaje w krótkich spodenkach. Gdy jest 30 stopni na dworze czuje się lipiec na nie 24 grudzień!
Wigilia – dla Australijczyków nie istnieje. Nie siada się przy kolacji, nie robi 12 potraw, nie dzieli opłatkiem, po prostu dzień jak co dzień. To właśnie dzisiaj rzesze osób buszuje po sklepach w poszukiwaniu prezentów dla swoich bliskich.
Polacy, którzy są tutaj zdają sobie sprawę jak ciężko jest spędzać Wigilię daleko od domu, w tęsknocie za bliskimi i znajomymi. Dlatego ludzie, których tutaj poznałam przyjeli mnie z prawdziwa serdecznościa. Dziekuję Danusiu i Robercie, Basiu i Adrianie, Justynko i Andrzeju – to dzieki Wam okres świąt w Perth był naprawdę wyjątkowy.
Pierwszy dzień świąt - to główny dzień świąteczny, kiedy to i tak ciche Perth zamarło zupełnie. Wszystkie sklepy są zamknięte a większość mieszkańców spędza ten dzień z rodzinami w domach, podróżach lub na piknikach. Jeśli ma się bratnią duszę warto udać się na plażę, do parku lub w inne publiczne miejsce, które tętni rodzinnym powiewem.
Drugi dzień świąt - to tzw. Boxing Day, czyli dzień obdarowywania się prezentami. Sklepy powoli się otwierają, ale z reguły większość osób ma wolne od pracy i spędza ten czas z rodzinami na plażach i piknikach.
Dzień ten dla mnie jest na dwój sposób wyjątkowy: z jednej strony spędzam go na pikniku w jednym z perth’owskich parków, w towarzystwie przemiłych ludzi, w otoczeniu niespotykanych dla mnie roślin i zwierząt, z drugiej strony już za kilka godzin lecę do Sydney, do miasta o którym marzyłam całe życie, które znam niemalże w całości, ale tylko z opowiadań, internetu i przewodników. Czy jutro, kiedy wstanę będzie równie niesamowicie?




